Dzisiaj zaliczyliśmy ostatnie zajęcia w szkole rodzenia. Dwa miesiące, dwa razy w tygodniu, po 2 godziny. Jakoś to wytrzymywałem, ale dziwię się jak Monika dawała radę wysiedzieć tam tyle czasu.
Prowadząca w ciekawy sposób bawiła się z uczestnikami. Uwielbia prowadzić długie dywagacje na jakiś bzdurny temat. Przed wbiciem pieczątki do karty ciąży, podnosi pieczątkę do góry i się zaczyna: "Jaką to ja rybę jadłam nad morzem? Taka tłusta, no... pomóżcie...". By skrócić męki prowadzącej każdy strzela jak z karabinu wszystkimi znanymi nazwami ryb. "Halibut! Tak, takie tłuste to było...". I bach. Pieczątka jest. Następny: "A wiecie, gdzie ja wyjechałam nad morze? Nazwa dwuczłonowa".... Między zdroje :) Na to nikt nie wpadł... 10 minut w plecy.
Ważne, że papierek jest i będę mógł być przy porodzie.
Prowadząca w ciekawy sposób bawiła się z uczestnikami. Uwielbia prowadzić długie dywagacje na jakiś bzdurny temat. Przed wbiciem pieczątki do karty ciąży, podnosi pieczątkę do góry i się zaczyna: "Jaką to ja rybę jadłam nad morzem? Taka tłusta, no... pomóżcie...". By skrócić męki prowadzącej każdy strzela jak z karabinu wszystkimi znanymi nazwami ryb. "Halibut! Tak, takie tłuste to było...". I bach. Pieczątka jest. Następny: "A wiecie, gdzie ja wyjechałam nad morze? Nazwa dwuczłonowa".... Między zdroje :) Na to nikt nie wpadł... 10 minut w plecy.
Ważne, że papierek jest i będę mógł być przy porodzie.

Komentarze