Już od jakiegoś czasu planowaliśmy wybrać się na do Parku Wodnego we Wrocławiu. Wybór padł na tą niedzielę. Ponieważ ostatnio nasza Amelka wstaje regularnie o 6 rano, mogliśmy pojechać tam w miarę wcześnie. Wybraliśmy się tak, by być tam na 9. Przed wyjazdem jeszcze mały rzut oka na stronę aqua parku, by zobaczyć gdzie można zaparkować i tu mały zonk, bo strona o tym nic nie mówi. Pojechaliśmy więc w ciemno, ale nie było tragedii. Parkingi są przy samym wejściu od ulicy Borowskiej oraz dodatkowy od strony ulicy Wesołej. Miejsc postojowych dużo, a w razie czego zawsze można jeszcze stanąć przy samym Wzgórzu Andersa od ulicy Ślężnej.
Budynek wygląda całkiem ładnie, zarówno w środku jak i wewnątrz. Obsługa całkiem miła. Pierwsze nasze wejście planowaliśmy na godzinę i takie kupiliśmy bilety. Zawsze dodają 10 minut ekstra na przebranie się. Przy wejściu otrzymuje się zegarek-klucz elektroniczny do zamykania szafek (można sobie wybrać dowolną, otwartą szafkę) oraz do płacenia w bufecie-kawiarni. Każdy zegarek posiada limit 150zł. Wykorzystany limit płatny przy wyjściu w kasie.
Obsługa całkiem taktownie (może ze względu na wczesną porę i mało osób) poprosiła nas o zdjęcie obuwia przy wejściu do szatni. Szafek dużo, pomieszczeń do przebierania też. Miejsca pomiędzy szafkami jest w miarę chociaż w godzinach szczytu może być ciasno. Przy wyjściu z szatni dużo suszarek. Obok prysznicy szafki na kosmetyki, a zaraz po wejściu na baseny szafki na ręczniki. Po wyjściu z prysznicy są śliskie kafelki (osuszane cały czas przez obsługę), a na podłodze całego ośrodka przyjemnie ciepłe coś, co Monika uznała za imitację morego piasku (nawet podobne). Tutaj już ślisko nie jest. Na terenie szatni oraz tuż za linią prysznicy są automaty do sprawdzania jaki ma się numerek szafki i limit kaski do wykorzystania (przykłada się swój kluczyk, jak przy sprawdzaniu cen w hipermarkecie). Niestety brakuje tam informacji o spędzonym czasie – tego trzeba pilnować samemu.
Ogólny wystrój całkiem przyjemny. Przy wejściu basen-fala (włączana co mniej więcej 20-30 minut), leniwa rzeka, jaccuzi (chyba 2 sztuki), lądowiska dla zjeżdżalni (wejście na nie schowane w głębi), kącik z atrakcjami dla maluchów (daleko w głębi, trzeba szukać), kawiarnia i stoliki. W głebi mini zjeżdżalnie (3 albo 4), oraz przejście wodne na basen na zawnątrz. Mi, po ogarnięciu wzrokiem całości i paru wędrówkach basen-szatnia po różne pierdoły, całość wydała się mała. Co prawda dopiero po jakimś czasie zauważyłem przejście na dodatkowy basen (25m), ale ogólnie jakoś mało tego. Co prawda jak dla nas kącik dla dzieci był wystarczający (mały brodzik, basenik z wodą max. 0,5m, niska ale długa zjeżdżalnia). Aha, tutaj woda bardzo ciepła, można z dzieciakiem siedzieć godzinami bez obaw. Oprócz tego sauna i wellness, ale tego nie testowaliśmy. Według mnie jak na jedyny aqua park we Wrocławiu mogłoby być więcej tych atrakcji.
Z uwagi na trwającą prawie 40 minut aklimatyzację Amelki do basenowego hałasu, objawiającą się płaczem i tylko-u-mamy-na-rączkach, skorzystaliśmy z kawiarni. Jest tam trochę ciszej, bo jest ona w rogu basenu. Obowiązuje samoobsługa i tace. Wybór niestety mały: 2 dania obiadowe, kawa, ciasto z lodówki i sałatki. Być może spowodowane to było wczesną porą i niedzielą, ale naszym zdaniem powinni się bardziej postarać. Nam brakowało kanapek (była pora drugiego śniadania) oraz coś lżejszego do zjedzenia niż gulasz i coś smażonego. Wzieliśmy kawę i ciasto i zapłaciliśmy naszym zegarko-portmonetką. Stolików dużo, bo są także na piętrze.
Po małej przekąsce, Amelka była już lepiej nastawiona do zabawy w brodziku, zostawiłem więc dziewczyny w ciepłej wodzie i korzystając z chwili wolności poszedłem przetestować zjeżdżalnie. Na pierwszym piętrze była zjeżdżalnia "skoki", ale opisana jako poziom trudności zaawansowany, więc to sobie zostawiłem na później. Drugie piętro: zjeżdżalnia "czarna dziura" z mnóstwem dzieciaków i kolejką na 10-15 minut (przypominam, była godzina 10 w niedzielę), więc sobie darowałem. Na trzecim piętrze kolejka mała (około 2-4 osoby), ale za to trzeba przytargać ze sobą dużą dentkę z samego dołu. Jest tam też zjeżdżalnia tradycyjna, ale była nieczynna. Wróciłem więc na dół, złapałem dentkę i pomaszerowałem na trzecie piętro. Puściłem kilka maluchów, by przyjżeć się jak się na to siada, i sam wystartowałem. Zawału serca nie ma, chyba że się poobracasz dookoła osi na dentce, co poćwiczyłem za drugim zjazdem. Żądny wrażeń postanowiłem wypróbować skoki na pierwszym piętrze. Tutaj nadal bez kolejki, i dopiero po zjeździe zrozumiałem, że to było ostrzeżenie. Wejście dziwne, wypatrywałem gdzieś z minutę jak tam się wchodzi. Pierwsze wrażenie – nieczynne, bo widać tylko białą ścianę mlecznego szkła. Dopiero po chwili zauważyłem w nogach mały właz szerokości około 80 cm, oraz głębokości (liczonej przód-tył) około 40 cm. Włożyłem nogi i spuściłem się do prostokątnej rury, by po chwili klaustrofobii wylądować na miękkim lądowisku z wodą. Dla ekstremistów lądowisko ma podziałki mierzące długość skoku (1,2,3, ... m). Ja wylądowałem na 1m, ale widziałem takich co lądowali na 6m. Nie byłem ambitny. Wykonany skok wyprodukował adrenalinę na cały pozostały dzień.
Ogólne wrażenia: dobre. Dużo ratowników, rozsądne atrakcje, dobre miejsce na spędzenie czasu z małymi dziećmi. Większe też nie będą się nudzić, ale koniecznie trzeba przyjść wcześnie, kiedy nie ma tłoku. Około 10-11 robi się już ciasno. Niestety trzeba trzymać się za portfel. My, za prawie 2 godziny z małą przekąską wydaliśmy 80zł. Na pocieszenie dodam jedynie, że można płacić kartą.